Gazeta Finansowa – Nikt wam nie da tyle, ile Amerykanie mogą obiecać

26 marca 2010 - W prasie

Powojenna odbudowa Iraku miała być trampoliną polskiej gospodarki. Kiedy 7 lat temu polscy żołnierze odlatywali do Zatoki Perskiej, politycy mamili opinię publiczną, przeciwną udziałowi naszych wojsk w konflikcie, wizją wielomiliardowych kontraktów, nowych miejsc pracy i petrodolarowymi zyskami z eksploatacji irackich pól naftowych. Dziś już wiadomo, że po obaleniu Saddama Husajna na kontaktach handlowych z Bagdadem zarobiło wiele państw, ale nie Polska.

Piotr Sieńko Gazeta Finansowa 26.03.2010 r. nr. 12 str. 4-5 

20 marca 2003 r. godz. 3.33 – amerykańskie lotnictwo rozpoczyna pierwszy nalot na Bagdad. 12 minut później rzecznik prasowy Białego Domu ogłasza oficjalnie, że trwa atak na Irak. Tej samej nocy żołnierze jednostki GROM przejmują kontrolę nad portowymi urządzeniami Umm-Kasr. Niespełna miesiąc później pada Bagdad. Wkrótce potem rozpoczyna się wyścig przywódców wielu państw świata i prezesów tysięcy firm najprzeróżniejszych sektorów gospodarki o lukratywne kontrakty na wydobycie irackiego gazu i ropy oraz odbudowę zniszczonego wojną kraju.

Pierwszy kontrakt
Już kilka miesięcy po zajęciu Bagdadu świat obiegła informacja o pierwszym paliwowym kontrakcie, zawartym w Iraku. Dotyczył on sprzedaży 10 mln baryłek ropy, przechowywanej przez państwową iracką firmę SOMO. Prawo do jej dystrybucji przyznano sześciu firmom paliwowym: amerykańskiemu Chevron Texaco, hiszpańskim Repsolowi i Cepsie, tureckiemu Tuprasowi, włoskiej Eni i francuskiemu Totalowi. Co ciekawe Francja była od samego początku przeciwna wojnie w Iraku, a prezydent Jacques Chirac cały czas bardzo krytycznie wypowiadał się o konflikcie i jego następstwach. Jednak karuzela irackich kontraktów zaczynała się dopiero rozkręcać.W kwietniu 2003 r. amerykański koncern inżynieryjny Bechtel z San Francisco zdobył wart 1 mld USD kontrakt na odbudowę Iraku. Demokraci krytykowali wówczas ten wybór, twierdząc, że przedsiębiorstwo to jest blisko związane z politykami Partii Republikańskiej. Rok później Bechtel zawarł drugi kontrakt o wartości 1,8 mld USD. W marcu 2004 r. brytyjski Amec wygrał przetarg na odbudowę irackiego systemu dostaw i oczyszczania wody. Wartość kontraktu – 1 mld USD. Dwa tygodnie wcześniej konsorcjum, w skład którego wchodził Amec zwyciężyło w przetargu na wart 0,5 mld USD kontrakt na odbudowę irackiej energetyki. Gdy informacja o nowych umowach tej firmy przedostała się do mediów, kurs jej akcji na londyńskiej giełdzie LSE poszybował w górę do 309,5 funta za sztukę.
Z czasem na kontraktach irackich zaczęli zarabiać także dostawcy z Azji. Indyjski Ashok Leyland podpisał z Irakiem kilkuletnią umowę (za ponad 40 mln USD) na dostawy 3,3 tys. ciężarówek i 500 minibusów, a chiński koncern paliwowy China National Petroleum Corp. zgarnął wart 3 mld USD 20-letni kontrakt na eksploatację irackich złóż i dostawy ropy naftowej do Państwa Środka (wznowiona umowa z 1997 r.). W 2009 r. CNPC, tym razem wspólnie z British Petroleum, podpisał kolejny kontrakt na wydobycie ropy i przejął tym samym kontrolę nad największymi złożami tego surowca w Iraku – Rumaila (piąte na świecie pole naftowe o zasobach większych od meksykańskich), zapewniając sobie dostęp do pól naftowych, z których roczne wydobycie gwarantowałoby wykorzystanie pełnych mocy produkcyjnych przez 2 lata dla PKN Orlen i gdańskiego Lotosu. W ciągu ostatnich 7 lat znaczna większość najbardziej intratnych, miliardowych kontraktów irackiego sektora paliwowego przypadła koncernom amerykańskim, brytyjskim, holenderskim i rosyjskim. Przykładowo eksploatacją złóż gazu wokół Basry zajął się Shell (nieoficjalna wartość kontraktu to 4 mld USD).

Gdzie się podziali Polacy?

W 2003 r. polska firma OPTO, jako jedna z pierwszych dostała od irackiego resortu łączności kontrakt na dostawy sprzętu telekomunikacyjnego i kabli dla Bagdadu oraz Basry za … 7 mln USD, a trzy inne polskie firmy: poznański Telmaxnet, Wrocławska Jedynka i małopolski Construction za ponad 50 mln USD miały budować osiedla w Babilonie i Karbali. Zawartych umów nigdy jednak nie zrealizowano. Jedynka upadła. Prezesowi Telmaxnetu, jak donosiła „Gazeta Wyborcza”, prokuratura zarzuciła wyprowadzenie z firmy 4 mln zł, a Construction po porwaniu Jerzego Kosa nie zdecydował się na wejście do Iraku.
W 2004 r. Bumar, polski potentat zbrojeniowy, zdobył kilkadziesiąt kontraktów na dostawy broni i sprzętu wojskowego dla irackich sił zbrojnych. – Chcemy, aby Polska była jednym z głównych dostawców wyposażenia dla naszej armii – mówił podczas konferencji prasowej wiceminister obrony Iraku Ziad Cattan.
W sumie wartość podpisanych umówi sięgała ok. 400 mln USD. Bumar dostarczyć miał Irakijczykom śmigłowce, ambulansy, kuchnie polowe, broń i amunicję. Polska firma przystąpiła do realizacji kontraktów, jednak szybko okazało się, że ma z tym duże problemy. Pojawiły się oskarżenia o korupcję i nierzetelność. W 2005 r. Irakijczycy odmówić mieli m.in. przyjęcia zamówionych, wyremontowanych dla irackiego wojska śmigłowców Mi-8. Powód? Po remoncie były rzekomo w złym stanie technicznym. Jak się też okazało, część sprzedawanego Irakowi sprzętu nie była produkowana w polskich zakładach. Sprowadzono go z Ukrainy, a podczas transakcji Bumar pełnił tylko funkcję pośrednika. Nic więc dziwnego, że następne kontrakty Irak zawierał już bezpośrednio z Kijowem. Tylko w 2009 r. kontrakt na dostawy ukraińskiej broni wyniósł bagatela 2,4 mld USD, a co ciekawe patronowały mu… Stany Zjednoczone.
– To efekt naszej nieporadności – przyznaje Sławomir Kułakowski prezes Polskiej Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju. – Nie potrafiliśmy zadbać o nasze interesy na początku konfliktu. Nie wprowadziliśmy polskich ekspertów do instytucji decydujących o zakupach w Bagdadzie. Poza tym jak już zdobywaliśmy kontrakty, to pojawiały się problemy z ich rozliczeniem. Władze w Iraku twierdzą, że zapłaciły Bumarowi za dostawy, z których część nie została zrealizowana. Już na początku konfliktu zamiast współpracować z Amerykanami, zaczęliśmy z nimi konkurować. Teraz płacimy za to frycowe – podsumowuje Kułakowski.
Bumarowskie dostawy dla irackiego wojska zakończyły się więc skandalem. Następcy Cattana oskarżyli go o malwersacje finansowe. Urzędnik musiał uciekać z kraju i jak kilka lat temu donosiła francuska prasa… schronił się podobno w Polsce.
Po tym zdarzeniu w relacjach handlowych z Irakiem było już tylko gorzej. W lipcu 2008 r. okazało się, że Polacy zlekceważyli iracką ofertę rządową na dostawy sprzętu wojskowego. Zdaniem „Rzeczpospolitej” chodziło m.in. o kilkaset Rosomaków, czołgów T-72 i samochodów pancernych Dzik. Poza tym iraccy ministrowie chcieli kupić w Polsce traktory i maszyny rolnicze. Zabiegali też o to, by polskie firmy wybudowały pod Bagdadem fabrykę mleka w proszku. Strona iracka szła polskim dostawcom tak bardzo na rękę, że z uwagi na niebezpieczeństwa grożące przyjezdnym w tym kraju była nawet gotowa odbierać towar w sąsiednim Kuwejcie. Rząd Donalda Tuska nie raczył odpowiedzieć na ofertę Iraku. MSWiA zasygnalizowało tylko, że jest gotowe zorganizować dla miejscowej policji szkolenia.

W kolejce po gaz i ropę

Gdy w 2008 r. irackie Ministerstwo Ropy opublikowało jedną z list 35 firm starających się o licencję na eksploatację tamtejszych pól naftowych i gazowych, okazało się, że nie było na niej żadnej polskiej firmy. Nie stało się tak dlatego, że polskie podmioty gospodarcze odpadły z rywalizacji o licencje. Po prostu się o nią nie starały. – Bliski Wschód jest rejonem bardzo bogatym w ropę naftową, jednak znajduje się w znacznej odległości od naszych rafinerii. W związku z czym realizacja dostaw surowca z tego regionu, w tym również z Iraku, do rafinerii w Płocku wiązałaby się z koniecznością ponoszenia wysokich kosztów logistycznych, przewyższających dostawy rurociągiem – tłumaczy brak Orlenu wśród starających się o iracką ropę Joanna Puškar z PKN ORLEN S.A.
W Iraku cały czas nie ma też Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. – W chwili obecnej PGNiG SA nie prowadzi działalności operacyjnej na terenie Iraku – przyznaje Katarzyna Zasada z biura prasowego tej firmy. – Na bieżąco monitorujemy jednak tamtejszy rynek pod kątem ewentualnych poszukiwań i wydobycia. W lutym 2008 r. podjęliśmy działania zmierzające do pozyskania koncesji na poszukiwanie i eksploatację węglowodorów. W ramach procedury prekwalifikacyjnej, na potrzeby rundy przetargowej w Iraku, PGNiG SA złożyło wymagane dokumenty. Z uwagi na to, że jednym z głównych wymogów było posiadanie oddziału na terenie Iraku, PGNiG SA nie zostało zakwalifikowane do dalszego postępowania przetargowego – wyjaśnia Zasada.
W styczniu 2009 r. irackie Ministerstwo Ropy ogłosiło kolejną rundę prekwalifikacyjną do przetargu na koncesje, na którą PGNiG SA złożyło ponownie wymagane dokumenty i również nie przeszło tego etapu postępowania pozytywnie.
– PGNiG SA rozważało możliwość utworzenia oddziału w Iraku, ale z uwagi na wysokie koszty, wymogi administracyjno-urzędowe oraz ciągle niestabilną sytuację na razie nie zapadła decyzja w tej sprawie – przyznaje Katarzyna Zasada.
Jak wynika z danych publikowanych przez Ministerstwo Gospodarki, cytowanych za GUS, wartość obrotów handlowych z Irakiem od momentu zaangażowania się Polski w proces odbudowy tego kraju była najwyższa w 2005 r. i osiągnęła wówczas ok. 94 mln USD. W 2007 r. wymiana handlowa Polski z Irakiem wyniosła ok. 72 mln USD, a rok później spadła do 37,6 mln USD, z czego niemal 100 proc. stanowił polski eksport. Po 8 miesiącach 2009 r. wzajemna wymiana handlowa wyniosła 21 mln USD. O to, ile polskich firm podjęło w ostatnich 7 latach współpracę z Irakiem i jakiej wartości były podpisane przez nie kontrakty, zapytaliśmy Ministerstwo Spraw Zagranicznych, którego placówki dyplomatyczne odpowiadają za polskie kontakty handlowe za granicą.–- MSZ nie prowadzi takich statystyk – przyznaje Grzegorz Jopkiewicz z MSZ. Resort nie chciał nam również wyjaśnić, jakie problemy najczęściej napotykają firmy, które starają się o kontrakty w Iraku. – Nasz komentarz w tym zakresie byłby nieuprawniony – tłumaczy Grzegorz Jopkiewicz.
Jak się okazuje, takich danych nie posiada również Krajowa Izba Gospodarcza, która w odpowiedzi na nasze pytania przesłała nam komunikat Polskiej Agencji Prasowej z sierpnia 2008 r. Dotyczy on irackich wystaw handlowych, w jakich za pośrednictwem KIG brały udział polskie firmy.
– W Polsce brakuje jednej instytucji, która zajęłaby się promocją polskich firm i produktów w Iraku oraz koordynowała wszystkie działania polskie na tym terenie – tłumaczy poseł Paweł Poncyliusz z PiS. – Na kontraktach z Irakiem powinien zarabiać przynajmniej polski przemysł zbrojeniowy. Przecież kraj ten operuje nadal w postsowieckiej technologii wojskowej. To dla polskich firm, np. Bumaru, doskonała sytuacja.
Leszek Miller były premier rządu SLD, który wprowadzał polskie wojsko do Iraku, winą za brak kontraktów obarcza swoich następców.
– Okres mojego rządu to czas wojny. W trakcie działań wojennych nie ma mowy o gospodarce, czy odbudowie kraju. Interesów się wtedy nie robi. Potem już tak, więc o te kwestie trzeba pytać Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i Tuska – mówi Leszek Miller.
– Jedyną korzyścią z uczestnictwa Polski w konflikcie irackim jest późniejszy roczny pobyt Leszka Millera w stanach Zjednoczonych – ripostuje Paweł Poncyliusz. – W pierwszej fazie konfliktu nie przypieczętowano udziału polskich firm w wymianie handlowej z Irakiem. Brak takiego porozumienia z Amerykanami na początku wojny dziś okupujemy tym, że na kontraktach zarabiają nawet ci, którzy nie brali udziału w konflikcie lub byli mu przeciwni i protestowali przeciwko interwencji wojsk koalicji. Lewicy łatwo dziś zrzucać winę na następne rządy, choć to od jej porozumień z Amerykanami zależały następne lata wymiany handlowej z Irakiem.
Koszt utrzymania wojsk polskich w Iraku od 2003 do 2008 r. wyniósł ponad 1 mld zł. W trakcie trwania misji zginęło 26 Polaków.

KOMENTARZ: W Iraku traktowaliśmy biznes politycznie

Roman Musiał, b. prezes zakładów zbrojeniowych Star i Mesko, b. prezes Polskiej Izby Przemysłu Obronnego

W Iraku zgubiło nas przeświadczenie, że skoro wchodzimy do tego kraju jako sojusznik Amerykanów, to dzięki nim wszystko uda nam się załatwić. Zachowywaliśmy się jak politycy, bo traktowaliśmy biznes politycznie, chcąc wszystko zdobyć na barkach wojska, a nie jak biznesmeni. O wymianie handlowej rozmawialiśmy więc z politykami, a nie z miejscowymi najbardziej wpływowymi rodzinami, które to właśnie mają największą moc decyzyjną w tych kwestiach w Iraku i całym świecie arabskim zresztą. Dlatego właśnie nasze delegacje, z ministrami na czele, odwiedzając zieloną strefę w Bagdadzie i nie wyjeżdżając poza nią, niewiele mogły załatwić i do kraju przez lata wracały z deklaracjami politycznymi, ale biznesowo tylko z pustymi rękami. Amerykanie oparli zaś swoje biznesowe kontakty właśnie na najbardziej wpływowych rodzinach irackich i wokół nich budowali politykę oraz swój biznes w tym kraju.
My zaś im bardziej podpieraliśmy się Amerykanami, tym więcej traciliśmy. Spędziłem w Bagdadzie 1,5 miesiąca, negocjując kontrakty z jedną miejscowych rodzin. Doszłyby do skutku, gdyby nie wybuchło powstanie sadrystów, które odcięło drogi planowanych przez nas dostaw i komunikacji. Polskie firmy bały się później realizować te zamówienia, ale sytuacja ta pokazuje, że można w Iraku wynegocjować kontrakt i nie trzeba zabiegać o niego wyłącznie na szczeblu politycznym.
Irak nie jest trudnym partnerem, o ile prowadzący z nim wymianę handlową znają realia panujące w tym kraju. W czasie mojego pobytu osoby, które nie były związane z wojskiem, a tylko z biznesem, były wręcz ciepło przyjmowane. Późniejsze odbudowywanie kontaktów z Irakiem i innymi krajami arabskimi bardzo skomplikowała tzw. Lista Macierewicza, która zrobiła wiele złego zwłaszcza za granicą. Spowodowała ona, że posądzeni o współpracę z wywiadem odeszli z placówek dyplomatycznych. Byli to ludzie, którzy świetnie znali miejscowe realia i byli w stanie bardzo dużo pomóc polskim firmom. Uważam, że to ogromny błąd – z biznesowego punktu widzenia – że wyrzucono tych ludzi. Świat arabski opiera się na kontaktach indywidualnych, pewnej formie protekcjonizmu osobistego, stosowanego przy nawiązywaniu takich relacji. Chcąc poruszać się w tym świecie, trzeba znać nie tylko ludzi, ale też uchodzić wśród nich za honorowego partnera. Wtedy można liczyć na naprawdę duże interesy.

Irak zachęca Polskę do współpracy:

Luty 2004 r. – iracki minister handlu Ali Alawi, podczas wizyty w Warszawie.
– Irak czeka na polskich inwestorów i przedsiębiorców chcących nawiązać kontakty handlowe w tym kraju. Wszystkie kontrakty podpisane przez rząd iracki będą objęte akredytywami bądź gwarancjami uznanych banków międzynarodowych. Największe szanse na robienie interesów w Iraku mają firmy z branży budowlanej, transportowej, technologicznej, górnictwa.

Październik 2004 r. – wiceszef irackiego MON Bruska el Szawajs, podczas wizyty w Polsce.
– Chcemy współpracować z Polakami w zakresie wytwarzania i rozsyłu energii elektrycznej oraz modernizacji rolnictwa.

Sierpień 2008 r. – Hussein Al-Shahristani, minister ropy Iraku, podczas spotkania z Waldemarem Pawlakiem.
– Jest to bardzo dobry moment by polskie firmy wróciły do Iraku. Wiemy, że dynamicznie rozwijająca się polska gospodarka potrzebuje coraz więcej surowców energetycznych. Chciałbym zadeklarować pełną gotowość Iraku do zaopatrywania Polski w ropę naftową. Jesteśmy także zainteresowani zakupem niezbędnego sprzętu i maszyn do eksploatacji.

Listopad 2009 r.
– minister przemysłu i minerałów Iraku Fawzi Franso Hariri w Ministerstwie Gospodarki.
– Nasze obecne kontakty opierają się głównie na współpracy wojskowej, ale chcemy, aby wymiana handlowa rozszerzyła się także na inne gałęzie przemysłu.

Cytaty pochodzą z oficjalnych dokumentów Ministerstwa Gospodarki i publikacji prasowych „Gazety Wyborczej”