Gazeta Finansowa – POPiS stoczniowy

19 marca 2010 - W prasie

Nieco ponad rok po tym jak prezydent Lech Kaczyński podpisał ustawę kompensacyjną, która miała uratować polski przemysł stoczniowy, w Polsce niemal w ogóle nie buduje się już statków. Po nieudanej prywatyzacji rządu Donalda Tuska dwie największe stocznie w Gdyni i Szczecinie nie istnieją. Na Pomorzu zaś prawie o 50 proc. wzrosło bezrobocie, a wobec dawnych kooperantów, po zlikwidowanych zakładach zostały nieuregulowane, wielomilionowe zobowiązania.

Piotr Sieńko Gazeta Finansowa  19.03.2010 r. nr. 11 str. 4-5

W żadnym z oficjalnych dokumentów Komisji Europejskiej, od czasu wszczęcia postępowania wyjaśniającego dotyczącego przyznania pomocy publicznej polskim stoczniom (czerwiec 2005 r. IP/05/644), nie ma nawet słowa o potrzebie ich sprzedaży, czy prywatyzacji w jakimkolwiek kształcie. W dokumentach tych nie pojawiają się nawet stwierdzenia takie jak: sprzedaż, zbycie czy prywatyzacja. Unijni urzędnicy jak mantra powtarzają za to, że KE nakazuje Polsce restrukturyzować stocznie w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie, tak by w przyszłości nie trzeba było do nich dokładać z państwowych środków, które jako pomoc publiczna są w UE zabronione.Dlaczego więc przez ostatnie lata rządy PiS i PO zamiast restrukturyzować stocznie, uporczywie dążyły do ich sprzedaży? Dlaczego w końcu pozbyły się ich majątku w taki sposób, że nie możliwa jest dziś na jego bazie stoczniowa produkcja? Dlaczego przy podejmowaniu decyzji o losie stoczni rządzący nie brali pod uwagę opinii analityków, którzy wskazywali, że ścieżka prywatyzacyjna, którą przyjął rząd PO, a poparł parlament i prezydent, w konsekwencji doprowadzi do likwidacji sektora stoczniowego, a nie poprawy jego rentowności?

Bez pracy coraz więcej osób

– Handlujący bronią, bursztynem, złotem jest mi to całkowicie obojętne, kto kupi polskie stocznie. Chcę, żeby je uratował – jeszcze w listopadzie ub.r. zapowiadał premier Donald Tusk.
Dziś widać gołym okiem, że ponaddwuletni bój rządzących o polskie stocznie zakończył się fiaskiem. 15 miesięcy od podpisania ustawy stoczniowej, która miała uratować te zakłady, sytuacja na Pomorzu jest niemal dramatyczna. Większość terenów stoczniowych stoi pusta i czeka na jakiegokolwiek nabywcę. Inwestora, także tego z Kataru, rekomendowanego przez rząd Donalda Tuska, jak nie było, tak nie ma. Pomorze zaś nękają coraz to większe problemy społeczno-ekonomiczne. W 2009 r. stopa bezrobocia w województwie pomorskim wzrosła w ciągu roku o 48 proc. Bez pracy w regionie jest ponad 100 tys. osób, głównie młodych. Rok wcześniej było ich 67 tys. To największy wzrost bezrobocia, jaki w ubiegłym roku odnotowano w całym kraju, a najgorzej jest w Gdyni, Gdańsku i Sopocie oraz w powiatach gdańskim i wejherowskim. Zdaniem Macieja Nowickiego z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową Marynarki Wojennej tak duży wzrost to m.in. efekt likwidacji przemysłu w Gdyni oraz redukcja zatrudnienia w stoczniach w Gdańsku. – Ogromna większość stoczniowców cały czas nie znalazła pracy – przyznaje Marek Lewandowski z „Solidarności” Stoczni Gdynia. – Program aktywnego wspierania zwalnianych stoczniowców jest nieskuteczny. Kosztował 50 mln zł. i nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Kilka lat temu identycznie było na Śląsku z górnikami.Równie zła sytuacja jest też w Szczecinie, gdzie jak wynika z danych GUS, bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy było w styczniu 2010 r. 115,6 tys. osób (stopa bezrobocia – 17,7 proc.).
– Sfera bezradności społecznej wywołana likwidacją tego sektora gospodarki rośnie, skutkując tym, że kilkanaście tysięcy osób, pracujących w stoczniach lub kooperujących z nimi będzie miało duży problem z powrotem do życia gospodarczego – zapowiada Paweł Szałamacha z Instytutu Sobieskiego, były wiceminister skarbu w rządzie PiS (okres prywatyzacji Stoczni Gdańsk).

Długi nie zostały rozliczone
Wzrost bezrobocia i brak efektów rządowego programu wspierania stoczniowców to tylko jedna strona stoczniowego medalu. Pozostają jeszcze inne kwestie np. nieuregulowane zobowiązania zlikwidowanych przedsiębiorstw wobec dawnych kooperantów. Podpisana przez Lecha Kaczyńskiego w Wigilię Bożego Narodzenia 2008 r. specustawa stoczniowa, która miała uratować zakłady tego sektora, w żaden sposób ich nie zabezpieczała. Pieniądze, jakie państwo zarobiło na sprzedaży majątku stoczni, są w pierwszej kolejności przeznaczane na pokrycie kosztów związanych z przeprowadzanymi przetargami (jakich kosztów? Nie wiadomo.), potem na rzecz instytucji finansowych, w których stocznie zaciągały kredyty, w końcu na zaległe podatki. Dopiero na końcu ustawa gwarantuje kooperantom mglistą szansę na odzyskanie jakichkolwiek pieniędzy.
W sumie długi po zlikwidowanych stoczniach sięgają ok. 3 mld zł. Takich pieniędzy Skarb Państwa na pewno nie zarobi na sprzedaży majątku stoczniowego, więc większość firm prawdopodobnie zostanie z niczym. – Rynek kooperantów to ok. 1000 firm, czyli od 50 tys. do 100 tys. miejsc pracy. Wiadomo, że część poradziła sobie w chwili, gdy zabrakło stoczni, ale wiele upadło – mówi Marek Lewandowski. – Cały czas niepewna i trudna sytuacja jest w zakładach Cegielskiego w Poznaniu. W ubiegłym roku zwolniono tam 500 osób. Już dziś widać, że silnikownia, która produkowała na potrzeby stoczni polskich z samego eksportu nie będzie w stanie się utrzymać. Tylko Cegielskiemu Stocznia Gdynia winna jest 23 mln zł, a Szczecińska Nowa – 40 mln zł.
Część kooperantów w sprawie nierozliczonych zobowiązań stoczni interweniowała już u Rzecznika Praw Obywatelskich i premiera. – Wściekłość w nas wzbiera, gdy widzimy, ile radości Pańskiemu ministrowi skarbu sprawia fakt, że my, Polacy, możemy zapłacić mało znanej zagranicznej spółce Eureko trochę mniej miliardów złotych niż chciała – napisali w liście do Donalda Tuska właściciele firm SPAMOR, Konmet i ZUŚO. – Gdy widzimy, jak Pańscy ministrowie walczą, by paru mętnych typów od hazardowych gier uchronić przed obowiązkiem płacenia podatków, które mogły powiększyć budżet o miliardowe kwoty. Gdy widzimy, jak okrada nas biurokracja. Dlatego w poczuciu wyrządzonej nam przez władze krzywdy wzywamy Pana, by nie korzystał Pan z siły władzy, by skryć się za prawem, jak ustawa o kompensacji, obstalowanym w istocie na rzecz obcych Polsce interesów, by pozwolić wyłgać się Pańskim urzędnikom od odpowiedzialności. Wzywamy, by podjął Pan działania, aby szkody, jakie zostały nam wyrządzone przez niezgodne z prawem działanie organów władzy publicznej, zostały wynagrodzone. Wzywamy, aby Pański minister finansów przedsięwziął kroki zmierzające do umożliwienia poszkodowanym firmom skompensowania utraconych należności z kwotami zobowiązań wobec budżetu oraz by nakazał wstrzymanie egzekucji podatku VAT od utraconych przez kooperantów należności – apelują przedsiębiorcy.
W październiku ub.r. na łamach „Rzeczpospolitej” Roman Nojszewski, zarządca kompensacyjny, przyznał, że zobowiązania żadnego z kooperantów zlikwidowanych stoczni nie zostały jeszcze uregulowane. Póki co cały czas zapowiadane są kolejne przetargi na stoczniowy majątek. Sprzedano dotychczas kilkanaście fragmentów tych ogromnych zakładów.
Do spółki z państwową Stocznią Remontową Gryfia pojedyncze części Stoczni Szczecińskiej Nowa kupiło jesienią konsorcjum prywatnych firm. Energomontaż wygrał przetarg na mały suchy dok i planuje w nim montować konstrukcje dla energetyki. Zaś stocznia remontowa Nauta z Gdyni kupiła tereny, na które chce przenieść swoją działalność z centrum miasta. Prócz tego prywatna stocznia Crist z Gdańska w grudniowej, drugiej już aukcji zdobyła halę do prefabrykacji kadłubów. Do grudnia 2009 r. Skarb Państwa sprzedał więc majątek stoczni za ok. 140 mln zł. Dobił tym do 200 mln zł zysku z kompensacji. Resztę bowiem za dokończone w międzyczasie statki zapłacili ich odbiorcy. – Cały proces kompensacyjny kosztował państwo 500 mln zł – wyjaśnia Marek Lewandowski. – Miała ona rozliczyć zobowiązania stoczni i oddłużyć je, dzięki czemu nowy właściciel mógłby już na czysto prowadzić produkcję. Wpompowano więc pół miliarda w kompensację, wydano pieniądze, inwestora nie ma, a majątek nie pracuje. To efekt ratowania stoczni.– Skutki likwidacji przemysłu stoczniowego będą długofalowe – przyznaje Paweł Szałamacha z Instytutu Sobieskiego. – Utraciliśmy gałąź przemysłu, która, przy spełnieniu kilku warunków m.in. dobrego zarządzania oraz dyscypliny pracy, jest potencjalnie bardzo rozwojowa i generuje myśl techniczną na najwyższym poziomie. Ta z kolei gwarantuje dalszy rozwój i przynosi wpływy eksportowe dla kraju.

Prezydent mógł nie podpisywać
5 grudnia 2008 r. głosami PO, Lewicy, PSL i innych ugrupowań sejm przyjął specustawę stoczniową. Od głosu wstrzymało się PiS. Kilka dni później trafiła ona na biurko Lecha Kaczyńskiego, a do Pałacu Prezydenckiego spływać zaczęły opracowania różnych ośrodków analitycznych, wskazujące, że jest to akt prawny, który zaszkodzi sektorowi i całemu wybrzeżu. Jedna z takich analiz wskazywała właśnie na wzrost bezrobocia, pociągający za sobą większą emigrację, odwrót Polski od morza i blokadę w rozwoju przedsiębiorczości na terenie Pomorza. Druga – analiza prawna samej ustawy, sporządzona przez ekonomistów i specjalistów od prawa prywatyzacyjnego Polskiego Konsorcjum Finansowego – w sposób metodyczny wskazywała prezydentowi, że kompensacja nie doprowadzi do uzdrowienia sektora stoczniowego, a do jego likwidacji. W opracowaniu zastrzeżono, że treść ustawy kompensacyjnej to nic innego jak skopiowane prawo upadłościowe. Z tą jednak różnicą, że w oryginale nakazuje ono zaspokajać w pierwszej kolejności roszczenia pracowników i Skarbu Państwa np. wobec ZUS lub UKS. Zaś według autorów ustawy należności z tytułu zobowiązań stoczniowych w pierwszej kolejności otrzymają instytucje finansowe np. banki, a nawet wierzyciele, którzy nie mieli żadnych zabezpieczeń na majątku stoczni.
Roszczenia Skarbu Państwa i pracowników prawnicy PO przewidzieli na ostatnim miejscu. W swojej analizie PKF przestrzegał nawet prezydenta, że w wyniku kompensacji stoczniowi kooperanci nie dostaną nic, bo nie wystarczy dla nich pieniędzy. Mimo tych i wielu innych analiz, które trafiały w tamtym czasie do Lecha Kaczyńskiego, 24 grudnia podpisał on specustawę.
– Ustawa nie daje pewności, że stocznie będą nadal istniały. Na pewno nie była to łatwa decyzja, ale ponieważ taki jest efekt rozmów związków zawodowych z rządem, taka jest też wola załogi, by zakończyć ten spór – dlatego prezydent ustawę podpisał – tłumaczył wówczas Piotr Kownacki z Kancelarii Prezydenta.
– Ustawa kompensacyjna była bardzo zła, prezydent podpisał ją, pod wpływem doradców i związków zawodowych – komentuje dziś Zbigniew Kozak, gdyński poseł PiS. – Stocznie można było prywatyzować tak jak porty, dzierżawiąc je. Tych terenów nie należało sprzedawać. Nie po to Kwiatkowski budował stocznie, by dziś to okno na świat sprzedawać, na przykład pod inwestycje deweloperskie. Wybory do PE i polityka medialna wokół inwestora z Kataru sprawiły, że nabito nas w butelkę. To co zrobiono, to zwykły sabotaż.
– Jesteśmy dziś krajem o dużym wybrzeżu, a bez gospodarki morskiej i koncepcji wykorzystania tego wybrzeża – wtóruje parlamentarzyście PiS Józef Oleksy z SLD. – Nawet w kwestiach dotyczących turystyki nie mamy koncepcji, nie mówiąc już o rybołówstwie czy przemyśle stoczniowym. Stocznie to zresztą nie jedyny przykład tego, jak kolejne ekipy nie potrafiły sprecyzować tego, co rozumieją pod hasłem gospodarki narodowej, interesów państwa i tego, co chcą, by w tym państwie funkcjonowało, a co ma z niego zniknąć. Od lat obserwuję w tym zakresie wyłącznie doraźną szamotaninę. A jedyną receptą na ten chory stan jest prywatyzacja, która nie przypomina zmian w strukturze własnościowej przedsiębiorstw, a tylko zwykłą, najzwyklejszą w świecie sprzedaż, bez refleksji nad tym, jak w przyszłości będzie wyglądała polska gospodarka narodowa – dodaje były premier.

O komentarz w sprawie widocznych już konsekwencji likwidacji przemysłu stoczniowego w Polsce i powodów, dla których przyjęto właśnie taką ścieżkę prywatyzacyjną zapytaliśmy Kancelarię Prezydenta i rzecznika Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi od żadnej z tych instytucji.

KOMENTARZ: Nie wolno pozbawić państwa z dostępem do morza funkcji ośrodka logistycznego

Tomasz Czaplak, prezes Instytutu Strategii Polskiej

Śledząc poczynania polskich władz dotyczących przemysłu stoczniowego, trudno oprzeć się wrażeniu, że żaden rząd, mimo obietnic, nie potrafił podjąć konkretnych decyzji w sprawie ratowania przemysłu stoczniowego, nie wspominając o stworzeniu strategii rozwoju dla tej gałęzi przemysłu. Już przed akcesją Polski do Unii Europejskiej stocznie polskie nie były w najlepszej kondycji finansowej, a dodatkowe zawirowania wokół Stoczni Szczecińskiej tylko potęgowały ich złą sytuację. Wprawdzie odzyskanie Stoczni Szczecińskiej przez państwo należy ocenić pozytywnie z punktu widzenia strategicznych interesów Skarbu Państwa, jednak brak strategii dla całej branży doprowadził w perspektywie do likwidacji przemysłu stoczniowego w Polsce. Co ciekawe, to nie Komisja Europejska postawiła kropkę nad i w sprawie likwidacji stoczni, tylko rodzimi urzędnicy państwowi, którzy nie przedstawili KE programu naprawczego, skutkującego trwałym odzyskaniem rentowności przez stocznie, bo tego właśnie domagano się od nas. Natomiast tzw. specustawa stoczniowa była bezpośrednim następstwem braku pomysłu na stocznie. Ustawa wprost likwidowała przemysł stoczniowy, dając jednocześnie możliwość nierównego traktowania wszystkich wierzycieli stoczni, w szczególności Skarbu Państwa. Nowe przepisy okazały się wręcz szkodliwe z punktu widzenia strategicznych interesów Skarbu Państwa, zwłaszcza w porównaniu do procedury upadłościowej. Polska powinna szczególnie wykorzystywać swoje położenie geograficzne i koncentrować swoje strategie na przemyśle stoczniowym, wchodzącym w skład ciągu technologicznego stanowiącego koło zamachowe gospodarki. Począwszy od hutnictwa, poprzez przemysł obronny i nowe technologie, branża stoczniowa jest niezwykle istotną częścią gospodarki. Nie wolno pozbawić państwa z dostępem do morza funkcji ośrodka logistycznego. Dodatkowo, obecne problemy Stoczni Marynarki Wojennej i sam pomysł jej prywatyzacji, świadczą o kompletnym braku znajomości podstawowych zasad funkcjonowania państwa. Nie da się zbudować państwa silnego gospodarczo bez zaplecza przemysłowego. Zamiast gorączkowo szukać inwestora dla stoczni, który w perspektywie ma budowę apartamentowca w miejsce stoczni, należałoby szukać przyczyny zapaści na rynku stoczniowym i spowodować pociągnięcie do odpowiedzialności osób winnych zaistniałej sytuacji. Stocznie same z siebie nie popadły w długi, a za każdą decyzją stoją konkretne osoby, które łatwo zidentyfikować. Nieudolność urzędników i brak strategii dla przemysłu nie mogą być wytłumaczeniem dla likwidacji strategicznej branży. Stocznie to nie tylko statki, ale także nowe technologie, prace badawczo-rozwojowe, przemysł obronny, ochrona środowiska, zatrudnienie dla specjalistów z różnych dziedzin i szereg innych elementów składających się na określony ciąg technologiczny. Państwo, pozbywając się któregokolwiek z tych elementów, nie będzie w stanie prawidłowo się rozwijać pod względem gospodarczym, co odbije się negatywnie na innych dziedzinach życia publicznego.