Nowy Dzień – Szpiedzy harcują, a polski kontrwywiad śpi

6 lutego 2006 - W prasie

Służby wywiadowcze światowych mocarstw próbują wykraść naszym naukowcom nowoczesny system wykrywania skażeń chemicznych i radioaktywnych, a kontrwywiad nawet nie chroni jego autorów. Ministerstwo Obrony Narodowej, które współfinansowało badania, omal nie zdekonspirowało konstruktorów.

Piotr Sieńko 2006-02-06, ostatnia aktualizacja 2006-02-06 09:29

Polscy naukowcy od lat głowili się, jak w porę wykryć atak bronią chemiczną lub zamach z użyciem tzw. brudnej bomby. Jako pierwsi skonstruowali urządzenie rozpoznające skażenie radioaktywne i chemiczne nasi naukowcy. W 1997 r. Ministerstwo Obrony Narodowej zleciło małej firmie badawczej opracowanie systemu, wykładając 2 mln zł. Badania miały kryptonim “Tafios, Pandora i Cerber”. Trzy lata później system nazwany gazosygnalizatorem był gotowy.
– Od razu podjęto decyzję o produkcji oraz wprowadzeniu go na rynek. Cena miała wynosić około 40 tys. dol. – mówi oficer z MON.
– Ministerstwo obrony poszukiwało wykonawcy wśród polskich instytutów i zakładów wojskowych zajmujących się mechaniką precyzyjną oraz elektroniką – opowiada oficer. Niestety, ku zdumieniu naukowców do kilku firm trafiła pełna dokumentacja. Wysyłał ją MON, nie dbając o jakąkolwiek ochronę! Wyszło wtedy na jaw, że nad projektem nie czuwają Wojskowe Służby Informacyjne. O rozpostarcie takiego parasola ochronnego kontrwywiadu wojskowego nad projektem wiele razy występowali konstruktorzy. Bezskutecznie. Im dłużej szukano producenta, trwa to do dziś, tym większe zaciekawienie szpiegów wywoływał projekt.
Kilka gotowych już gazosygnalizatorów polscy wojskowi, zamiast zabrać ze sobą i wykorzystać w Iraku (gdzie na pewno by się przydały), zostawili w magazynach. System przeszedł już pomyślnie testy przy okazji produkcji kołowego transportera opancerzonego Patria, a także w czołgach, jakie na zamówienie Malezji, produkuje Bumar.

Wyścig wywiadów
Na przełomie 2001 i 2002 r. współpracę i pomoc finansową w prowadzeniu badań zaproponowało kilka polskich firm z izraelskim kapitałem. Naukowcy odmówili, ale izraelski wywiad nie dawał za wygraną. Okazało się, że jeden z naukowców zatrudnionych przy logistycznej części badań współpracuje z Mossadem. Zwolniono go, udaremniając kradzież technologii.
– Trzy lata temu autorów projektu odwiedzali przedstawiciele rosyjskiego FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – opowiada oficer wywiadu. – Proponowali stworzenie spółki, która zajęłaby się dalszymi pracami nad gazosygnalizatorem i jego produkcją. Tak naprawdę chodziło im o przechwycenie technologii. Rosjanie, którzy od dawna próbują stworzyć urządzenie tego typu, nie potrafili skonstruować nowoczesnego oprogramowania.
Kolejnego “ataku” próbował dokonać wywiad amerykański. Amerykanie zaoferowali wsparcie informatyczne dużej firmy komputerowej. Naukowcy nie zgodzili się i – podający się za biznesmenów – agenci CIA zostali odprawieni z kwitkiem.
Konstruktorzy, którzy dysponują prawami autorskimi do gazosygnalizatora, chcą teraz przekazać cały projekt resortowi obrony. – System przeszedł setki testów. Ministerstwo współuczestniczyło w stworzeniu czujnika, współfinansowało też badania – mówi biocybernetyk Andrzej Dobosz, szef zespołu badaczy. – Chcemy, by państwo miało korzyści z jego produkcji, sprzedaży i by zaczęło wreszcie chronić badania, które są tak zaciekle śledzone przez wywiady innych państw.

Ta sprawa jest jak gorący kartofel 
Kolejni szefowie WSI (Tadeusz Rusak, Marek Dukaczewski, Janusz Bojarski) oraz ministrowie obrony (Bronisław Komorowski, Jerzy Szmajdziński, Radosław Sikorski) nie zrobili nic, by chronić projekt, o który biją się szpiedzy największych mocarstw. Po tym jak przekazaliśmy MON listę pytań dotyczącą systemu wykrywania skażeń w sobotę, dotarła do nas informacja o kolejnych próbach kradzieży przez rosyjski wywiad. Dlatego zdecydowaliśmy się przyspieszyć publikację. W sobotę poinformowaliśmy o tym płk. Artura Bednarskiego, szefa kontrwywiadu WSI odpowiedzialnego za zabezpieczenie przemysłu. Obiecał natychmiast zająć się sprawą. Odmówił wyjaśnień na temat tego, dlaczego służby specjalne nie chronią twórców tak pożądanego systemu. Wieczorem o sprawie dowiedział się od nas Aleksander Szczygło, wiceminister MON odpowiedzialny za Wojskowe Służby Informacyjne. On też nie potrafił odpowiedzieć na nasze pytania. Odesłał nas do drugiego wiceministra Marka Zająkały. Ten obiecał wyjaśnić sprawę, ale zaznaczył, że za poczynania tajnych służb odpowiada Szczygło. Radek Sikorski, szef MON, który był wczoraj w Pradze, wraca dziś do Polski. Czekamy na wyjaśnienia rządu, dlaczego od prawie ośmiu lat supernowoczesną technologią interesują się wszyscy, tylko nie WSI i MON?